Juan zaprosił nas na sahlab. Poprosił Beduinów, żeby przywieźli najlepszy, jaki uda im się znaleźć. Sahlab to tradycyjny napój z bulw storczyka męskiego. Wierzą tu, że wzmaga popęd seksualny. Czy to przypadek, że piją go w szabat?
– Cena nie gra roli – powiedział, choć plastikowa paczka, w której był rozpuszczalny proszek, wyglądała tak, jakby to był najtańszy produkt, jaki można było znaleźć Izraelu. My się i tak cieszyliśmy. To przecież prezent! Ale po co tak mówić? – To oryginalny sahlab, a nie byle jaki, z mąki kukurydzianej jak te, co macie w Europie – dodał.
Wieczór był gorący, choć powoli nadchodził chłód. Zimno wychodziło ze skał i kamieni. Zaczynało nas nękać. Zmrok zapadał, a noce były tu naprawdę ciemne. Ścisnęliśmy się bliżej ogniska. Beduini przywieźli również kawę. Ale ona, choć ciepła, też wychładzała. Nie potrafiliśmy się skomunikować. Juan wszystko tłumaczył, bo Beduini nie mówili po angielsku. Sahlab i kawa grzały się w płomieniach ogniska. Palone drewno wydawało bezpieczne dźwięki. Ogień oświetlał przestrzeń. Szakale zaczynały przejmująco wyć, a Beduini grali na dziwnych instrumentach strunowych. Wydawały metaliczny dźwięk, ale były łagodne i melodyjne. Idealnie pasowały do panującej atmosfery.
– To rebab. Ich tradycyjny instrument. Ten, na którym gra Ahim, jest nowy. Sam go stworzył. Słuchamy jego dźwięków jako jedni z pierwszych. Dzięki Matce Ziemi i bogu najwyższemu – powiedział Juan, przykładając złożone ręce do czoła.
Podał nam w styropianowych kubkach przyrządzony sahlab. Był gorący i słodki, trochę jak mleko w proszku. Wydawał się sztuczny. Piliśmy w ciszy, słuchając muzyki Beduinów. Polubiłem ich. Mieli w sobie spokój, pokorę, wdzięczność? Byli cisi, obserwowali ogień i oddali się w pełni muzyce. Gdy kawa zaczęła bulgotać, rozlali każdemu po trochu i przygotowali nową porcję. Ciemny napój. Ciemna noc. Chłodny wiatr. Kawa była kwaśna, słodka, gorzka.
Z ciemności wyłonił się cień. Zbliżył się z wolna. To był Maciek.
– Niedaleko, u Catheriny i Tomka, świętują szabat. Idę tam. Zauważyłem wasz ogień i pomyślałem, że może się przyłączycie – rzekł. Jego postać rozświetlał ogień. Światło i cień tańczyły na całym ciele, prowadził je porywisty wiatr.
– Dopijmy kawę. Usiądź z nami i napij się. Zaraz tam pójdziemy, jeśli inni też będą mieli ochotę – rzekł Juan i podał kubek Maćkowi, po czym zwrócił się do Beduinów. Pewnie powiedział im o spotkaniu.
Maciek usiadł obok mnie. W milczeniu słuchaliśmy nocy oraz muzyki. Juan śpiewał cicho piosenkę, do której dołączył się też Maciek:
Pacha mama
I am coming home
To the place
Where I belong
I want to be free
So free
Like the flowers and the bees
Like the bird in the tree
Like dolphin in the sea
I want to fly high,
So high
Like eagle in the sky
And when my time has come
I want to rise up and fly[1].
– Czy to nie piękne? – rzekł do mnie Maciek po cichu, a ja skinąłem głową. Ale coś nie było w tym piękne. Maciek był. Ale Juan nie. On nie był piękny. I ta piosenka w jego ustach też nie była.
Ciemność wróciła. Juan wypił swoją porcję kawy i wrzucił styropianowy kubek do ognia. Z niemym zdziwieniem patrzyliśmy, jak się topi. On i jego kubek. Piosenka zapętliła się w mojej głowie. Dopiłem kawę i wstałem. Ukłoniłem się w stronę Beduinów z ręką na sercu. Na Juana nie spojrzałem.
– Idę na ten szabat – powiedziałem, a w ustach miałem smak ciemnego napoju. Kawa była kwaśna, słodka, gorzka.
***
Siedzieliśmy z Ajrą i Tomkiem przy ognisku. Okazało się, że oprócz nas i Maćka jest tu jeszcze jedna osoba z Polski.
– Jestem tu, by odnaleźć spokój. Ułożyć swoje życie – oświadczył Tomek podniośle. – Zanim się tu pojawiłem, w moim życiu był chaos. A tutaj wszystko się strukturyzuje. Powoli nad wszystkim zaczynam panować. Wprowadzam harmonię.
– Ale po co? Spokój i ułożenie są bardzo ważne, dają bezpieczeństwo. Są wydźwiękiem dojrzałości. Jednak to niejedyne jakości w życiu. Jest ono też przecież nieprzewidywalne i nie da się w nim wszystkiego ułożyć. Spokój przychodzi w swoim tempie, a nie na siłę – powiedziałem.
– To tak nie jest. Nawet jeśli życie jest nieprzewidywalne, to możemy z niego wykluczyć chaos, który może nas rozdzierać i powoduje na przykład wahania emocjonalne czy trudności w dostosowaniu się. A harmonia? Ona może iść w parze z nieprzewidywalnością.
– A ja lubię chaos. Chaos jest twórczy. Z niego rodzą się pomysły. Z niego powstał świat. Zresztą w głowie zawsze będzie panował chociaż lekki chaos. Nie widzę powodu, żeby go całkowicie zwalczać – powiedziała Ajra.
***
Catherina na pewno była temperamentną osobą, nie można było jej tego odmówić. Już z daleka usłyszeliśmy jej głos. Gdy przyszliśmy (a przyszliśmy wszyscy), to tańczyła i śpiewała przy ognisku, trzymając w dłoni butelkę wina. Towarzyszył jej Tomek. Byli w centrum uwagi, choć nie wszyscy skupiali się na nich. To raczej oni tej uwagi szukali. Zorganizowali dość pokaźne zgromadzenie. Chyba nie po to, żeby świętować szabat, ale żeby świętować cokolwiek. Siedzący przy ognisku grali na instrumentach, rozmawiali i jedli słodkości, popijając je winem lub sahlabem. Część milczała, patrząc w ogień lub na tańczących. Pewnie byli zawieszeni w tej chwili, nie wiedząc, co dokładnie robić. Beduini usiedli przy tańczącej Catherinie, obok innych muzyków. My usiedliśmy trochę dalej, obejmując wzrokiem wszystkich zgromadzonych. Do dziś pamiętam, jak pokaźne ognisko oświetlało rebab Ahima.
Maciek opowiadał mi o Rainbow i polskiej rodzinie. O tym, jak u nas wyglądają zgromadzenia. Komentował też to, co widział tutaj, nadużycia Juana i Baby, alkohol podczas szabatu. Dziki taniec w alkoholowym amoku i głośne krzyki. Nie mówił o nich z pogardą. Odnosił się tylko do tego, jak inaczej to wygląda na Rainbow, choć takie jest podobne do tutejszej społeczności. W powietrzu unosiło się coś nieprzyjemnego. Nie podobało mi się to. W przeciwieństwie do Maćka patrzyłem z pogardą. Nie było w tym harmonii, a i chaos, który widziałem, nie wydawało się, żeby miał przynieść coś twórczego. Było brudno. Ale nie tak pociągająco brudno. Przynajmniej nie dla mnie. Choć mnie rzadko brud wewnętrzny pociąga. Ale bywa i tak. Zewnętrzny to jeszcze jako tako. I wtedy właśnie, gdy oceniałem ten cały brud, stała się rzecz najgorsza. Gorsza niż wszystko, co mnie dotychczas spotkało. Gorsza niż śniadanie u Baby. Choć tamto było równie nieprzyjemne. Catherina w amoku alkoholowym, drąc się w niebogłosy i trzymając butelkę wina w ręce, stanęła na nowym rebabie Ahima. Czas się zatrzymał. Czułem dreszcze. Czułem, jak serce przestało bić na ten ułamek sekundy będący wiecznością. Pamiętam wszystkie jaskrawe kolory, które nagle przybrał świat. Żółć, pomarańcz, czerwień. Pamiętam, jak peryferie objęła ciemność. A noga w czerwonej sukni wyrwała się z rebabu, wznosząc w powietrze kawałki drewna i pęknięte struny.
To było przejmujące. Straszne. Ale najbardziej – smutne. I gdy w tamtym momencie zalewał mnie smutek, poczułem, że tak nie może być. Przyszedł do mnie egoizm, może od Catheriny? A może taki był vibe tego wyjazdu do Izraela. Zrozumiałem, że ten mój smutek jest wielką słabością. Tam zostało zniszczone przepiękne rękodzieło. Tragedia związana z miłością, zapewne wyrzeczeniami i ciężką pracą, a ja myślałem o sobie. Ale rzygałem już tym smutkiem. Wszystko było, kurwa, smutne. I ciche. Nie chciałem złości, ale czułem, że musi do mnie przyjść. Smutek to brak działania. Marazm, cisza, tak przynajmniej czułem. Siedziałem z nim tylko i marnowałem się. Nic nie mówiłem, przeżywałem wewnętrznie. Taki był właśnie ten smutek. Tym nie zmienię tego świata! A skoro mi się nie podoba, to trzeba go zmieniać, a nie siedzieć cicho! Wstać i opierdolić Catherine. W złości może chociaż mógłbym się wyrazić. Nie kisiłbym tego w sobie. Ale boję się złości. Boję się odrzucenia, stłamszenia, tego, co mi towarzyszyło w dzieciństwie. Ale chcę jej. Czy z nią dojdę do radości? Bo tego chcę, radości i miłości. A nie smutku i złości. Jak odnaleźć radość – pomyślałem. – No, chyba tylko w sobie – odpowiedziałem sam sobie z goryczą, przywołując w pamięci jakieś wykłady buddyjskie. Maciek coś do mnie mówił, ale nic nie słyszałem.
Coś jednak ten Izrael i ci ludzie mi dali.
Ronny Hickel, I Wanna be Free, tekst i muzyka: Ronny Hickel.

