Finlandia – Rainbow Family Gathering

Finlandia – Rainbow Family Gathering

Ciało. Dom. Jak ważna to część mnie dla mnie, nie umiem opisać. Nic mi chyba nie sprawia takiej radości i przyjemności jak korzystanie z niego. No właśnie. Jest źródłem przyjemności, ale i bólu. Kocham je bardziej niż cokolwiek innego. Odbieram nim emocje, bodźce, inne osoby, świat dookoła mnie. Bawię się nim, wykorzystuję je i dbam o nie. Choć nie zawsze. Towarzyszy mi całe to życie. Ciało jest pomiędzy tym wszystkim, co jest mentalne wewnątrz i fizyczne na zewnątrz mnie! A jest tego tyle, ile sercem, ciałem i rozumem potrafię zaobserwować. A tej nocy rozum i ciało podpowiedziały mi, że potrzebuję ciepła, a serce, że ciepłe są kamienie w chai tent. Tamte przy ognisku. Ciepłe są też dziewczyny (chłopaki pewnie też), ale nie o nich będzie mowa. Bo nie mam jak żadnej do tego wykorzystać… Szkoda. No więc skupiłem się na czymś innym i wstałem. Skostniały od chłodu nocy, choć był już ranek. I wylazłem. W cienkiej bieliźnie, z ręcznikiem na ramieniu, o dziewczynach nie myśląc już wcale. A mimo że był ranek, to dopiero (po)ranek miał przynieść niespodzianki! I to wyłącznie dlatego, że serce podpowiedziało lub zastukało w rytmie kamieni z ogniska, gdyż zanim jeszcze pomyślałem o kamieniach, już rękami nakreśliłem ich kształt w powietrzu. Tak, żeby pomóc zlokalizować mózgowi to, o czym ma pomyśleć. Lub o czym już myśli, ale jest obiektem, a nie słowem.

Pomijając cały proces UWAŻNEGO – i jakże istotnego tak dla całej tej przygody, jak i niewątpliwie życia, bo przecież to był jedyny taki czas w mojej nadzwyczaj ciekawej egzystencji – przygotowania się do kilkumetrowej drogi, dotarłem do chai tent. Wokół nie było ani żywego ducha – co miało się okazać najbardziej nieuważnym precedensem moich ostatnich lat życia. Jednak jak zobaczyć coś, czego się nie widzi? Jak poczuć coś, czego się nie czuje? Da się lub nie! Kto wie? Podszedłem więc do secret fire w pośpiechu, bo chłód wymagał szybkiego działania. Nieprzemyślanego, naturalnego działania, pełnego tylko niezbędnych ruchów. Bez większego wybrzydzania sięgnąłem po trzy kamienie z dogasającego secret fire i wpakowałem je do ręcznika, bo były gorące jak pierun. Nie zwracając uwagi, kompletnie, na świat dookoła, szybko wróciłem do namiotu. Nikogo nie było, nikt mnie nie widział, no, może poza elfami zakopanymi w swych barłogach i obserwującymi uważnie każdy mój ruch.

Myk, myk, myk. Kamień pod stopy, kamień przy wejściu, kamień przy głowie. Już po kilku minutach temperatura wewnątrz plastikowej nory wzrosła, a reszta nocy jawiła się w cieple gęstych snów. W jednym z nich leżałem nagi na gorących kamieniach, a w powietrzu unosił się zapach lawendy, gdy jakaś niewidoczna siła podniosła mnie do góry. Unosiłem się w powietrzu i powoli obracałem. Widziałem ściany pomieszczenia, choć nie umiem ich opisać. Moje kończyny zginały się, jakbym tańczył. Nie, jakby ktoś sprawdzał, jakie ruchy moje ciało może wykonywać. W niezależnej ich koordynacji. Nagle poczułem, jakby mi coś wypływało z klatki piersiowej. Jakby glut. Wylatujący kawałkami, a nie w całości, i rozciągający się w powietrzu w nieokreślonych kształtach, choć jakby obłych. Nic nie było widać. Następnie to samo uczucie pojawiło się, a mnie się wydawało, że coś wchodzi w moje ciało. Czułem niepokój, gdy nagle zbudził mnie hałas i poruszenie. Usłyszałem dźwięki ożywionej rozmowy, z których nic nie rozumiałem, choć czułem, że jest pełna emocji oraz gestykulacji. Zmęczony krótkim snem, zignorowałem to jednak, gdyż dezorientacja spowodowana zmęczeniem wciąż trwała. I wciąż czułem to coś. Serce przyspieszało i biło mocno. Coś wchodziło do mojej klatki piersiowej. Co to było? Nic nie widziałem i to wzmagało mój lęk. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz i oblał zimny pot. Zacząłem oddychać głęboko. Miłość. Spokój. Pokój. Radość. Równowaga. Odpuszczenie. Akceptacja. Jestem silniejszy niż to, co się ze mną dzieje. Poradzę sobie. Oddech. Oddech. Nawet nie wiem, kiedy znów ogarnął mnie sen.

Gdy przebudziłem się na dobre, było około godziny jedenastej. Zebrałem się w sobie bez pośpiechu i trzymając kamienie w rękach, ruszyłem w stronę chai tent. W głowie kotłowały mi się myśli na temat tego, co się wydarzyło. Na krótkiej trasie minąłem trzy osoby stojące przy slacku, które w milczeniu długo wiodły za mną wzrokiem. Nie było to normalne. Las cicho szumiał. Przy wejściu do przestrzeni wspólnej stali Hektor, Radek i Michael. Dwóch z nich stało tyłem i nie zwrócili uwagi, że przyszedłem. Gdy ich przeprosiłem, obrócili się z uśmiechem, jednak jak tylko zobaczyli kamienie w moich dłoniach, odskoczyli z lekkim przestrachem lub po prostu zaskoczeniem na boki, tak że mogłem wejść do środka. Zdziwiłem się ich reakcją, Radek też. Nic jednak nie powiedzieli i bezceremonialnie wrócili do rozmowy. A las dalej szumiał, może pozwalał mi się nie przejmować tą sytuacją. Przy secret fire siedział Baba. Jak tylko mnie zobaczył, złapał się za głowę i jęknął przeciągle. Już chciałem odłożyć kamienie, gdy staruszek złapał mnie za dłoń:

– Co ty robisz?! – wykrzyknął po angielsku z trwogą w głosie. „Are” wybrzmiało twardo, charcząco, po francusku.

Oczy rainbowowiczów przy ognisku zwróciły się na nas. Byłem w centrum uwagi. Od razu zrobiło mi się nieswojo i ciepło, jak w nocy przy kamieniach, i nieprzyjemny dreszcz wstrząsnął moim ciałem. A już ten sen mnie wpędził w nieprzyjemny nastrój. Może byłoby okej, gdyby nie to, że Baba zadał mi pytanie, które zbiło mnie z tropu. Było creepersko. Przecież, rzecz jasna, odkładam kamienie. Jak mu tak odpowiem, to co? Będzie chryja, że odpowiadam bez szacunku? Czy co w ogóle? Byłem zbity z tropu i nie wiedziałem, co zrobić.

– Odkładam kamienie – powiedziałem niepewnie.

– Widzę – odpowiedział z energią niepasującą do tak starego człowieka. A ile on w ogóle miał lat? Chuda twarz, długie dredy pełne siwych pasm, ułożone na głowie w kształt turbanu, z którego luźno zwisały po bokach głowy pojedyncze cienkie baty. Głębokie bruzdy na twarzy, w których gromadził się pył z ogniska, ziemista karnacja niczym u indiańskiego szamana, będąca wynikiem życia na świeżym powietrzu gdzieś w południowych krajach oraz tego pyłu gromadzącego się w zmarszczkach. Miał gdzieś między 60 a 80 lat. Starość popłynęła moimi żyłami. – Ale czemu je w ogóle zabrałeś? Nie wolno tego robić pod żadnym pozorem.

– Zabrałem je, bo było mi w nocy zimno – odpowiedziałem zaskoczony. –Ogień ogrzewał kamienie. Zawsze tak robię, gdy jest bardzo zimno. Kamienie się nagrzewają i później oddają ciepło przez kilkadziesiąt minut. Nie wiedziałem, że nie można tak robić. Nigdy nic mi się nie stało z tego powodu. Dlaczego więc nie można ich brać? Byłem zdezorientowany, popatrzyłem na ręce, kamienie, ognisko, nawet obróciłem się, by spojrzeć na namiot i znów na Babę.

– Nie – powiedział przeciągle. – Nie. Myślisz tylko o sobie. Nie wolno brać kamieni z tego ogniska, powinieneś dobrze o tym wiedzieć.

Napięcie wzrastało. Dalej nic nie rozumiałem i czułem się jak idiota, jak William Blake rozmawiający z Nobody. Ewidentnie nie mogliśmy dojść do porozumienia, wymieniając jakieś bezsensowne frazesy.

– Ale dlaczego? Nikt mi nic nie powiedział – odparłem.

Baba rozłożył ręce i zaczął mówić. Gestykulował, wskazując na ognisko, na osoby siedzące dookoła.

– To secret fire. Od początku Rainbow jest to miejsce spotkań. Spędzamy czas dookoła ogniska, medytujemy, gramy przy nim na instrumentach, śpiewamy pieśni dla ziemi, powietrza, drzew. Dla duchów. Nasza energia je tu sprowadza i trzyma w obrębie tego ogniska. Kamienie są ustawione tak, że trzymają ogień w ryzach. Ogień, który nie gaśnie. Czysty ogień. Dbamy o niego. Nie wrzucamy śmieci, petów – powiedział i pomachał przecząco ręką. – Wszystkie te kamienie stykają się, nie pozostawiając żadnej wolnej przestrzeni, dzięki temu płomienie unoszą się do góry, a duchy, które tam są, kierują się do nieba, po czym wracają zamknięte w tej przestrzeni. Gromadzimy je tutaj, a przez ciebie wszystkie uciekły. Musimy zrobić to na nowo. – Baba rękami pokazywał wznoszenie się duchów do góry i opadanie, a jego płynne gesty poruszały powietrze.

Zaniemówiłem. Byłem zaskoczony odpowiedzią. Moim niezrozumieniem ich rzeczywistości. Brakiem uczuć, które by mnie łączyły z tymi ludźmi w tej kwestii. W jednej chwili pojawiła się przepaść między nimi a mną. Bo wszyscy siedzący dookoła ogniska jakby to rozumieli. Tylko Radek, którego mijałem, jakby był ze mną w tej przestrzeni. Ale było to tylko mgliste wspomnienie uczucia, które się pojawiło tam, przy wejściu, podczas tej dziwnej sytuacji, a którego nie zdążyłem się chwycić.

– Przepraszam. Nie wiedziałem. Było mi zimno, chciałem się ogrzać. Jednak gdybym był świadom, na pewno bym tego nie zrobił.

Baba popatrzył mi w oczy. Co w nich odczytał, oprócz zakłopotania? Szczerości? Żal? Nie wiem, ale odetchnął głęboko i sięgnął po kamienie. Zaczął je układać, a ja nie chciałem mu przeszkadzać.

– Jesteś słabym obserwatorem. Będą kłopoty. Ale dobrze, powiem to. Nic się nie stało. Odpowiedziałeś na potrzebę swojego ciała. Słuszną potrzebę. Zadbałeś o siebie, a to jest bardzo ważne. Od tego zaczyna każdy z nas. Duchy zrozumieją, bo nie było w tobie złych intencji. Dziwne jednak, że nic nie poczułeś, gdy je zabierałeś – powiedział i popatrzył na mnie z ukosa. – Następnym razem weź jednak, proszę, kamienie z ogniska, na którym gotujemy chai.

Baba długo jeszcze mruczał jakieś słowa pod nosem, a ja uciekłem myślami do nocy i duchów. Zabrałem wtedy kamienie, zawinąłem w ręcznik i poszedłem. Nie byłem uważny, bo doskwierał mi chłód. A może byłem, tylko nie było co zauważyć. No bo jakie duchy, do cholery. Ta historia się nie kleiła, duchy uciekają do góry, ale zamknięte są w przestrzeni przez kamienie, które leżą tylko na ziemi, stykając się krawędziami. Przecież atom atomu i tak nie dotyka – zawsze jest jakaś, choć najmniejsza szpara. A duch w takim razie materialny, czy niematerialny? Przez centymetrową szparę przejdzie, ale przez przestrzeń nanometrową już nie? A górą jak ulatują, to jak wracają, skoro kółko jest takie ciasne? I jak wznoszą się do nieba, to uciekają czy zostają? Co to za duchy w ogóle? Drzew, ziemi, ludzkie duchy? I jak…? I dlaczego…? I skąd wie, że…? Pytań miałbym tysiące, ale byłem tak zdezorientowany tą sytuacją, że żadnego nie zadałem. Poza tym umiem zadawać pytania po czasie, rzadko w tej najważniejszej chwili. Zresztą, nawet jeśli byłoby tak, jak mówił, to czy potrafiłbym to zrozumieć? Czy mógłbym to opisać moją fizyką?

A ten sen? To uczucie, jakby coś ze mnie wychodziło, a następnie wpływało gdzieś w okolicy grasicy. Może po prostu wapnieje mi grasica? Czy to jednak nie wydarzyło się dużo wcześniej? Opowiedziałem historię Babie, który słuchał jej bardzo uważnie.

– Miałeś styczność z duchami. Zabrałeś je wraz z kamieniami. Lub jakieś wróciły do nich rozproszone, szukając ognia – rzekł. – Choć są dookoła nas, nieczęsto mamy okazję na interakcję z nimi. Obserwuj się uważnie. Choć obserwować to ty nie umiesz. – I spojrzał na mnie surowo. – A ja nie umiem nic innego doradzić.

Fragmenty rozdziałów

Fragmenty rozdziałów

Morze Martwe

Juan zaprosił nas na sahlab. Poprosił Beduinów, żeby przywieźli najlepszy, jaki uda im się znaleźć. Sahlab to tradycyjny napój z

Czytaj więcej »