Jaskinie Teneryfy – Pełnia książyca

Jaskinie Teneryfy – Pełnia książyca

Przestrzeń przesiąknięta była spirytualistyczną atmosferą. Było słychać rozmowy na temat planet i gwiazdozbiorów. Słońce w Koziorożcu, Księżyc w Strzelcu. Słońce w Wadze, Księżyc w Baranie.

When the moon is in the seventh house

And Jupiter aligns with Mars

The peace will guide the planets

And love will steer the stars[1].

Wiele osób wczuwało się ogromnie, starając się zaimponować innym swoją wiedzą i charyzmą, porywając grupki osób przy ognisku, które wpatrzone w nich, dawały im pożywkę. Oni natomiast nienasyceni i nieumiejący powstrzymać łakomstwa, z wyciągniętą piersią, pokazywali swoje wdzięki niczym pawie ogony. Wszyscy byli zadowoleni, wodzireje karmili się oddaniem słuchaczy, a ci karmili się energią mówców, pragnąc choć przez chwilę mieć mentora, który pokaże im ukryte ścieżki życia. Wszyscy byli jednością. A we mnie rodził się jakiś niezrozumiały smutek, gdy oglądałem to z boku, co powodowało jeszcze większe oddalenie, coś w rodzaju ucieczki. I tak im bardziej wszyscy się otwierali, tym bardziej ja się chowałem.

Może rodziło się to z zazdrości o ich charyzmę, której z powodu mej natury zapewne nigdy nie posiądę, a może przykro mi było patrzeć na ludzkie manekiny, które potrzebowały postaci do podziwiania, dając się ponieść tej subtelnej władzy mówców, ściągającej z nich okowy odpowiedzialności omawianych przestrzeni życiowych. Może (morze) jednak szumiało, a z tego szumu odpowiedzi nie dało się wyczytać. Szumiało głośniej i głośniej, synchronizując się z niespokojnym ogniem, wzywając wiatr, aby świstał razem z nim.

– A ty? Jakiego jesteś znaku zodiaku? – wyrwał mnie z zadumy Hiszpan od „emki” z Babilonu, rozmawiający z moim sąsiadem, którego dotychczas nie spotkałem. Hiszpan miał ciemną karnację, ubrany był w długie kolorowe poncho, w którym ukryte były ręce. Dłonie zapewne zaciskały się na przedramionach.

– Strzelec – odparłem, drapiąc się po uchu i uśmiechając się lekko ironicznie, przeczuwając, do czego będzie dążyć ta rozmowa, co wewnętrznie mnie rozśmieszało.

– A twoi rodzice?

– Ryby.

– Oboje? – dociekał.

W tym momencie przybyła Elue, niosąc tortille z awokado i papryką. Klik. Zdjęcie. Wszystko zastygło. Ułamek sekundy – wieczność. Instrumenty wyleciały w powietrze, narkotyki poleciały w piach, ogień zapłonął ze zdwojoną siłą. Wszyscy rzucili się na jedzenie. Ledwo uchyliłem się przed nadlatującym kawałkiem papryki, z którego w powietrzu oddzieliło się guacamole, które rozbryzgnęło się na ścianie za mną, migocącą teraz z większą częstotliwością niż niespokojny ogień. I wtedy właśnie w jaskini rozbrzmiały pieśni na cześć jedzenia i Matki Ziemi. W jednym momencie wszystko na ułamek sekundy pociemniało. To ogień przygasł, stłumił się nieco, jakby coś go skompresowało, uspokoił się dziwnie, po czym rozbłysnął na nowo. Teraz łagodnie, wszystko równomiernie rozświetlając, lekko i przyjemnie. Ciepło. Jasno. Spokojnie. Czy tylko ja tak to widziałem? Wszyscy byli obojętni. A mnie było ciepło i miło, z nimi czy bez nich.

– Tak, oboje – odpowiedziałem, a wyimaginowany kawałek papryki spłynął powoli po ścianie, zostawiając ścieżkę z guacamole.

– Wow! Niesamowite! To musisz bardzo dobrze z nimi funkcjonować. Pewnie dobrze się dogadujecie? – rzekł, ewidentnie podekscytowany. W tym momencie mocniejszy podmuch wiatru lekko przygasił ognisko, a kawałek papryki dotknął gruntu.

– Niekoniecznie. Raczej się nie rozumiemy i jesteśmy zupełnie innymi ludźmi. Mam do nich ogromny dystans, wynikający z doświadczeń dzieciństwa – powiedziałem już spokojnie, z pewnością siebie, i ugryzłem kawałek tortilli.

– Rozumiem, też tak mam – zgodził się szybko, nie dając po sobie poznać, że mówił coś innego. – Tylko ja zawsze walczyłem naiwnie o to, żeby polepszyć ten stan rzeczy. Starsze rodzeństwo mówiło mi, że to nie ma sensu, że na siłę i tak nic nie zmienię. Ale ja musiałem rozbić się o tę ścianę. Musiałem próbować, bo taki już jestem. Walczę, popełniam błędy i dopiero na nich się uczę – mówił donośnym głosem, w którym słychać było ekscytację i chęć dzielenia się swoimi przeżyciami. Prawą rękę trzymał na sercu, a lewą opierał grzbietem o kolano.

– U mnie raczej zachodzą powolne zmiany, wynikające z obserwacji moich rodziców, świata oraz tego, w jaki sposób funkcjonuję i jakimi wartościami się kieruję. Jednak są one stopniowe, a wiele z nich pewnie nie wejdzie w życie – rzekłem w skupieniu. Kątem oka widziałem, że nieznajomy Europejczyk przestał nam się przysłuchiwać.

– Super. To genialne, bo ta… – powiedział Hiszpan, ale nie dokończył, gdyż mój sąsiad z wąsem, z którym wcześniej rozmawiał, ni z gruszki, ni z pietruszki zwrócił uwagę na trzech chłopaków, a dokładnie dojrzałych kolesi leżących przy ognisku, palących coś ze szklanej lufki. Byli jak cienie, rozpływali się w gorącym powietrzu, wlepiając w nich oczy, czułem, jak wewnątrz mnie również coś się rozpływa, było to nieprzyjemne uczucie, a jednak wprowadzało dziwny błogostan, lekko pociągający, taki płynący, długi i leniwy. Jak kluski. Słodki. Czy oni byli autentyczni? Na pewno nie prawdziwi, ale nie starali się w ogóle. Może oni nawet nie byli. Nie byli wszystkimi, byli za to ludźmi, a w krótkich chwilach, kiedy wyglądali, wyglądali na pokonanych.

– Co z nimi jest? Wszystko w porządku? Co oni palą? – zapytał nieznajomy, patrząc trwożnie to na nich, to na nas.

– Oni? – Hiszpan wskazał od niechcenia na rozpływających się ludzi. – Eee, to tylko opium. Rozpływają się po nim. Stają się fluidem – powiedział i włożył do ust ostatni kawałek tortilli, a z nim nasze oburzenia, tak jakby palenie opium to była codzienność. Wywarło to na mnie wrażenie, gdyż pierwszy raz miałem styczność z osobami zażywającymi opiaty i choć nic o tym nie wiem, przeszło mi przez myśl, że oglądam ludzi, którzy umyślnie, w powolny sposób dokonują samoegzekucji, zamieniając czas teraźniejszy w błogostan niebytu. Tak jakby duszę chcieli udusić. Zabić bez śmierci. A może po prostu się rozpływali, odklejali się od tego, co ludzkie, i unosili się jako duchy w jaskini. Może byli setki mil stąd i oglądali to, co się dzieje w innym miejscu na Ziemi. A może badali, jak to jest być skałą, ogniem lub wodą – doświadczali bycia innym żywiołem. A może zapadali się w dziurę pełną nicości.

Czas mijał wolno, wydawało mi się, że minuty były dłuższe niż godziny, a godziny w ogóle nie istniały. Obcość wzrastała, a jednocześnie obecna była duma lub wyższość. Z jednej strony nie potrafiłem nawiązać kontaktu ani znaleźć słów, które nadawałyby rozmowie strukturę, przynosząc choć odrobinę obopólnej satysfakcji. Z drugiej strony zaś marzyłem o rozmowie, która płynnie przechodzi z tematu na temat, nawet jeśli czasem wymagałaby niepewnych przeskoków czy wychodzenia ze ślepych zaułków dzięki uprzejmości partnera. Przez chwilę rozmawiałem z Markiem o jego pobycie tutaj. Nie chciał za wiele powiedzieć. Bo i czemu? Na pewno każdy o to pyta.

Duma, a może nawet lekka wzgarda, brała się natomiast z poczucia troski. Czego mogła dotyczyć ta troska? Zakrawała trochę na strukturę społeczeństwa. Trochę muskała o powagę. Była też związana z dyscypliną. Na koniec z brakiem beztroski. Za tym wszystkim kryły się również obrazy strachu i zdrowy rozsądek. Ale co to wszystko może znaczyć? Czy rozważanie tego w nieskończoność ma jakikolwiek sens? I tak moje myśli będą krążyć w kółko, dopóki nie znajdę zapomnienia, które w gruncie rzeczy później znalazłem.

Za to wszyscy byli tu i teraz. Naprzeciwko mnie Wuwa zagrał pierwsze dźwięki na harmonijce, ktoś wziął gitarę i bęben irlandzki. I tak od harmonijki muzyka przeszła do harmonii. Przyjemne dźwięki zaczęły unosić się w powietrzu, a jaskinia stała się jedną wielką improwizacją, w której ciała trzech mężczyzn rozpływały się, każde w swoim tempie. A tempo przybierało na sile. Tom i Sara zebrali magiczny kuglarski ekwipunek, a ogień zagościł w powietrzu, pobłyskując na tle ciemnego nieba w rytm arytmicznie granych dźwięków. Byli, nie byli, bawili się byciem, bytem, niebytem i niebyciem. Po chwili dołączył do nich Mark oraz Finka z grubymi, długimi blond dredami, której imienia nigdy nie poznałem, a Wuwa na harmonijce kpił sobie z ich tańca. Wszędzie unosiła się pozytywna atmosfera, a mimo to czułem, jak rozpływam się w obcości, jak opiaci wciągają mnie do siebie, nawet na mnie nie zerkając. Rozpływałem się umysłem, duchem, ciałem. Co będzie, gdy impreza się skończy?

Fragment utworu Aquarius z musicalu Hair (1969), tekst: Gerome Ragni, Jim Rado, muzyka: Galt MacDermot.

Fragmenty rozdziałów

Fragmenty rozdziałów

Morze Martwe

Juan zaprosił nas na sahlab. Poprosił Beduinów, żeby przywieźli najlepszy, jaki uda im się znaleźć. Sahlab to tradycyjny napój z

Czytaj więcej »